wtorek, 13 czerwca 2017

I'm gay!

Hejo~!



Bardzo długo się zbierałam, żeby wrócić do tego bloga, ale nie miałam za bardzo na to siły. Życie ssie jak zwykle i nie działo się nic, o czym mogłabym napisać. Wena też mnie opuściła. Ale znowu jestem! Dla tych może trzech osób, które mnie czytają, ale jestem!

I zacznę od tego, o czym mówi tytuł... ostrzegam, że to może być długi post pełen podekscytowania i nadmiernej gejozy!

Pride month



Ponieważ czerwiec jest miesiącem dumy, postanowiłam to wykorzystać i zrobić najbardziej zwyczajny coming out, jaki się dało. Zwyczajnie postanowiłam... być sobą na social mediach. Ale nie sądzę, żebym kiedykolwiek mówiła o tym na blogu, więc zacznę od początku.

Nie jestem lesbijką, na co może wskazywać tytuł posta. Gay stało się trochę słowem-parasolką dla wszelkich odmiennych orientacji seksualnych ostatnimi czasy, dlatego właśnie go użyłam. Jestem omniseksualna. Normalnie odesłałabym was do google, żebyście mogli sobie sprawdzić słownikową definicję, ale jestem podekscytowana, mogąc to wytłumaczyć sama! W dużym skrócie osoby omniseksualnej nie obchodzi płeć drugiej osoby. 
Wiele osób uważa, że jest to inny termin na osobę biseksualną, ale tak nie jest. Osoby biseksualne interesują się kobietami lub mężczyznami, są w pełni świadomi płci drugiej osoby i po części ich ona obchodzi. Często też mają preferencje. Niektóre osoby biseksualne bardziej pociągają faceci niż dziewczyny i vice versa.  Osoby omniseksualne nie dbają o płeć osoby, nie ograniczają się też do kobiet i mężczyzn. Osoby wszystkich płci (rozumianych jako gender, nie jako sex... dlaczego w języku polskim jest na to jedno słowo? Utrudnia tłumaczenie) są dla nich równe.

Ale jest jeszcze jedna rzecz, którą powinniście o mnie wiedzieć, skoro już o tym mówię! Nie identyfikuję się jako cis (płeć, z którą osoba się rodzi). Cóż, chwilowo można powiedzieć, że jestem na etapie odkrywania własnej płci. Na ten moment określam się bardzo ogólnikową płcią - demigirl. Taka osoba identyfikuje się jako dziewczyna tylko po części. Pozostała część może nie być określona albo być konkretnej płci. Ponieważ ja nadal mam coś z dziewczyny i cały czas odkrywam, czym jest "to coś", czym się czuję, postanowiłam, że nazywanie się demigirl, jest prawidłowe. Postanowiłam nie zmieniać sposobu, w jaki ludzie do mnie mówią, ale czuję się komfortowo ze wszystkim. Są osoby, które traktują mnie jako kumpla i czasem mówią do mnie w formie męskiej. Nie przeszkadza mi to w ogóle.

POWIEDZIAŁAM TO!
 Nigdy nie byłam z tym jakoś bardzo skryta i większość moich znajomych wiedziała od dawna, że nie jestem hetero. Jednak nigdy nie miałam okazji tak otwarcie opowiedzieć, o tym, co czuję. Nawet nie wiecie, jakie to super! Zrobiłam nawet specjalnie połączenie flag dumy osób omniseksualnych i demigirl, żeby przy okazji was z nimi zapoznać.

Przechodząc do mojego świętowania pride month. Jak mówiłam - nigdy jakoś bardzo w przysłowiowej szafie nie siedziałam. Nie kryłam się z tym, że nie jestem hetero, ubierałam się tak, jak chciałam, nie zawsze dziewczęco... w sumie rzadziej dziewczęco, niż po prostu po swojemu. Jednak na pride month postanowiłam jeszcze bardziej być sobą. Nigdy publicznie nie mówiłam o swoich preferencjach, nigdy publicznie nawet nie wspominałam o temacie społeczności lgbtq+. Więc w czerwcu moje social media stały się bardziej tęczowe. Wrzuciłam też na fb kwestionariusz miesiąca dumy, który wygląda tak:

Moje obecne zdjęcie profilowe jest równie pedalskie jak reszta mojego profilu w tym miesiącu (przy okazji się chwalę nową fryzurą, ale i tak będę ją niedługo zmieniać hahah):
Jestem po prostu sobą i przyznam szczerze... odbiór jest dużo lepszy niż mogłam się spodziewać. Miałam sporo osób w znajomych, które nie wiedziały, dużo osób, które są bardzo religijne. Kilku homofobów. Mimo to dostałam kilka słów gratulacji za odwagę, wsparcia i w ogóle po prostu miłych słów... i dużo reakcji tęcz pod profilowym XD
Ale kończąc gay-agendę...

Co się ze mną działo?

Zniknęłam na... ponad rok? Był to bardzo dziwny i stresujący okres. I nie mogę powiedzieć, że jest dużo lepiej. Jest nawet gorzej. Ale moje nastawienie jest lepsze. Zamiast użalać się nad losem postanowiłam myśleć w drugą stronę - jak temu zaradzić. I bycie zdołowaną kupką gruzu to nie jest metoda. Dlatego szukam ponownej motywacji do życia, do robienia rzeczy, do powrotu do normalności.  Stąd powrót do bloga, Stąd odzyskany entuazjazm. Nie jest jeszcze idealnie, ale.. nigdy nie jest, prawda? 

Tak czy siak na pewno niedługo znowu o mnie usłyszycie. Na koniec podeślę wam moją playlistę, która pomaga mi, gdy mam gorszy nastrój. Jest to głównie radośniejsze k-indie, z kilkoma smutniejszymi piosenkami. Jest bardzo fajna (bo moja)!

I z całą pozytywną energią, jaką starałam się wprowadzić, kończę tego posta. Ktokolwiek doczytał do końca - ma u mnie wielkiego plusa i kiedyś dostanie ciastko!

Bajo!

fanpage | kanał | ask

poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Gakkon 3

Hora kurukuru~

Tak, znowu konwent, przepraszam, końcówka wakacji, muszę jakoś zapomnieć, że za trzy dni wszyscy wrócimy do tego więzienia, którym jest szkoła, ok? I przepraszam, że nagłówek i gif to inside joke, musiałam. Ale wracając - kolejny konwent! Kolejny z tych, gdzie o tym, że jadę, dowiedziałam się chwilę przed wyjazdem. I kolejne trzy dni spędzone na ddrce. Alpaka kontra panda?

Piątek!

W Łodzi pojawiłam się po 13.30. Po wyjściu z pociągu spotkałam Vatę i tylko dlatego udało mi się trafić na conplace. Niestety w kolejce na pełnym słońcu czekałam te 1,5 godziny sama, bo Vata była helperem i sobie weszła od tak. Gdy już byłam prawie przy akredytce spotkałam Acritha i Edama, z czego pierwszy mnie przyszedł hugnąć a drugi mnie olał, ale do tego drugiego jeszcze wrócimy. Po wejściu na konwent pierwsze kroki skierowałam oczywiście na ddrkę. Dziwi to kogoś? Nie? To dobrze. Jednak przy trzecim wejściu na matę myślałam, że zginę, ponieważ Axor dał do skakania coś takiego:
Znaczy strzałki miałam łatwiejsze oczywiście, ale ta minigierka mnie zabiła. Ogólnie ja i zmodowane piosenki z Undertale'a nie idziemy w parze.
W piątek poznałam też Patrycję, która później kupiła sobie opaskę z rogami z tego samego stoiska, z którego ja miałam swoją z Magnificonu i tak sobie przez chwilę chodziłyśmy w podobnych opaskach. Potem piątek to głównie ddrka. W końcu wieczorem znajomi wyciągnęli mnie do McDonald's, chociaż nie miałam pieniążków. Wróciliśmy idealnie w momencie, jak zamykali szkołę konwentową - trzy minuty później i do piątej bym siedziała na zewnątrz, brrrr.
Kiedy i Edam (który znalazł mi trochę miejsca w sleepie) przekonał się, że sobie nie wyjdą, poszliśmy spać.

Sobota..


...czyli jak narodził się Gakkonowy otp. Ponieważ ja jak normalnie sobie w domku śpię, to śpię na kilku poduszkach, mam do tulenia jeszcze jedną poduszkę i pluszaka i zawsze mi zimno, więc nawet latem śpię pod cieplutką kołdrą, a nie spakuję tego wszystkiego na konwent i miałam tylko jedną małą podusię i cieniutki kocyk (i oczywiście karimatę), więc rolę poduszki i grzejnika i pluszaka przyjął na siebie Edam. No i rano znajoma Edama jakieś 4 razy powiedziała, jak myśmy ładnie w nocy wyglądali. Po konwencie Edam mi napisał, że prawicz.... znaczy ludki z Touhou Roomu też nas shipują, więc zrobił się taki trochę pairing. 

Potem sobota minęła mi na szlajaniu się między ddrką i Touhou roomem, z małymi przerwami. Jakoś po południu Edam wygrał sobie 15 punktów, czyli miał ich w sumie 25, a ponieważ nic go w sklepiku konwentowym nie interesowało, więc pozwolił mi wziąć sobie za ten punkty wianek (chociaż szczerze dalej jakoś w to nie wierzę, bo to wcale nie tak, że od rana marudziłam, że chciałam wianek). Tylko wszyscy wyglądali w tym wianku lepiej niż ja. 
... no dobra, prawie wszyscy. Ogólnie stwierdziłam, że ten wianek wygląda jak filtr ze snapchata. Ale nadal jest ładny. 
Ogólnie w sobotę udało mi się przejść na ddrce mapkę o poziomie 8... ale na reszcie piosenek nadal robię w sumie maksymalnie szóstki, więc to nie jest za dobry wynik, ale nadal jestem z siebie dumna. 

Niedziela~

Czyli wyjedź z Łodzi o 14.40, bądź w domu po 20, chociaż w Krakowie byłaś przed 17. Kochana komunikacja miejska. A to, że wracałam z wiankiem na głowie, bo nie miałam, gdzie go spakować i że miałam na sobie koszulkę znajomego, którego kij wie, kiedy spotkam, to tylko dodaje śmieszków mojemu powrotowi. 
Przynajmniej się wyspałam i nie wyglądałam aż tak na martwą, bo by więcej ludzi mnie na ulicy i w komunikacji miejskiej wytykało palcami.

A teraz powrót do szarej rzeczywistości i niestety do szkoły. Druga klasa w humanie równa się lekcjom łaciny, umrę z nudów. Gdyby nie oceny, już dawno bym się przeniosła do jakiegoś technikum na informatykę, serio. Ale nie przymulajmy, jeszcze 3 dni wakacji! A ja się żegnam.

Bajo~!

fanpage | kanał | ask

środa, 17 sierpnia 2016

Ryucon 2016

Hejo~!

W zeszły weekend odbył się krakowski konwent Ryucon. Ze względu na organizację w znanej od lat z b-teamowych konwentów szkole i plan atrakcji, który nie różnił się wiele, od każdego innego, trudno było się spodziewać czegoś orzeźwiającego. Jednak konwent pozostawił po sobie w moim serduszku pozytywne wrażenia.

Piątek

Od piątku praktycznie zamieszkałam na ddrce. Rzeczy rzuciłam w sali od Soundvoltexa, którą prowadzili moi znajomi, jednak nie zamierzałam spać, więc skakałam sobie na ddrce albo łaziłam po stoiskach. Piątek był tym dniem, kiedy nie czułam się pewnie na konwencie. Dosłownie kilka dni wcześniej dowiedziałam się, że mój stalker, o którym już niejednokrotnie wspominałam na blogu, ma kontakt ze sporą częścią moich znajomych, a co za tym idzie - prawdopodobnie wiedział, że będę na Ryuconie. Dlatego przez pierwszy dzień starałam się ani na moment nie zostać sama. A jeśli już zostawałam sama, to wracałam na maty i skakałam - tam się czułam bezpieczna, bo zawsze ktoś stoi z tyłu i patrzy. W nocy z piątku na sobotę wyszliśmy z Axorem i Owieczką na Pokemony, jednak moje nogi już wtedy płakały po takim ciągłym wysiłku, kiedy wcześniej całe wakacje siedziałam w pokoju, więc nie łaziliśmy za długo - na tyle, żeby przejąć gyma i złapać Ryhorna.

Sobota

Czyli najważniejszy dzień konwentu! Zaczęły się pojawiać tłumy ludzi, było więcej wystawców i na każdym kroku spotykałam kogoś znajomego. Ponieważ poprzedniej nocy nie spałam, przez pierwszą połowę dnia byłam padnięta, aż między 12 a 14 poszłam się położyć w Soundvoltexie i chociaż nie spałam za bardzo, to odpoczęłam i miałam siłę znowu skakać na ddrce. Po południu też dostałam informację, że mojego stalkera na konwencie nie ma i na 100% nie będzie, więc trochę bardziej się wyluzowałam.
W sobotę też poznałam najwięcej ludzi. Elu, który mnie wyciągnął wieczorem na turniej na Ultrastarze, gdzie w końcu ja zajęłam drugie miejsce (bo zabrał ktoś mi niebieski mikrofon i nie dałam rady lepiej), a on nawet nie dotarł do finału. Poznałam też Wiktora, do którego się potem wbiłam do sleepa, bo chciałam się wreszcie zdrzemnąć, a jak możecie sobie wyobrazić - w sali od gry rytmicznej to mogło być ciężkie zadanie.

O niedzieli nie mam, co wiele pisać - jest to dzień, kiedy ci z dalszych zakątków Polski się zwijają jeden po drugim, a ja siedzę przy ddrce i żegnam po kolei każdego, aż mi się znudzi i sama pojadę na swoją wieś pod Krakowem. Nie tańczyłam już za wiele w niedzielę, bo prawie nie czułam nóg, a tylko ze zmęczenia leżałam na parkiecie za matami i wykorzystywałam ludzi jako poduszkę. 

Wady

Niestety, konwent nie może dostać ode mnie pełnej dziesiątki w ocenie, a wszystko za sprawą okropnego bydła, jakim wykazali się uczestnicy. Co rusz słychać było o kradzieżach - z osu!roomu zniknął pen do tableta, ze stoiska ze stuffem do cosplayu 5 pojedynczych soczewek, komuś ze sleepa ukradli powerbanka. Mi szczęśliwie nic nie zniknęło, ale też nie miałam ze sobą za wiele i za wiele nie kupiłam.

I tyle mogę powiedzieć o konwencie. Wróciłam padnięta, ale zadowolona. Liczę, że kolejne konwenty będą tylko lepsze.

Bajo~

fanpage | kanał | ask

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Słodkie nieśmiałe gówienko - czyli na powrót coś starego



Hejcia!

Bardzo dawno mnie tu nie było. I to akurat po tym, jak obiecałam, że posty będą co tydzień. Ehh. Pisanie o tym, dlaczego mnie nie było, to nie jest to, co chcecie czytać, ale też głupio wrócić, jakby nigdy nic, dlatego dzisiaj - prawie półtora roku od rozpoczęcia bloga - pomyślałam, żeby cofnąć się do początków i opowiedzieć trochę o tym, dlaczego, po co, w jakim celu. Zapraszam do lektury~!

Jak to się zaczęło?

Zawsze miałam w sobie pasję do pisania. Za dzieciaka w podstawówce próbowałam pisać opowiadania, książki, takie rzeczy. Trochę później miałam też pierwsze próby z blogami, no ale jako dziecko miałam słomiany zapał i wszystkie po kilku postach ginęły. Potem przyszło gimnazjum i mój stan się pogorszył. Nie miałam ochoty na nic i nic też nie robiłam. Jednak moja przyjaciółka, która sama na początku trzeciej klasy założyła bloga, tak często podsyłała mi swoje notki, że gdzieś w głowie zaświeciła mi się lampka, że "hej, przecież lubisz pisać, dlaczego nie spróbujesz teraz? Może przestaniesz myśleć o złych rzeczach".
Największym problemem była nazwa. Nigdy pod tym kątem nie byłam kreatywna. Mój nick, który jest częścią mojego imienia i losowym szeregiem cyfr, grupa, która jest przetłumaczonym na japoński nickiem znajomego, który ze mną grupę zakładał. Miałam wtedy trochę starsze już konto na tumblrze, które nazwałam też właśnie "Kawaiishyshit", bo był to czas, gdy moje problemy dopiero się zaczynały i to było w sumie idealne odzwierciedlenie mojej samooceny - z jednej strony jeszcze myślałam, że byłam trochę słodka, byłam weaboo, dlatego japoński, nieśmiała jestem do teraz, a już wtedy się uważałam za gówno. No i nazwa przeszła na bloga. Nie mogę teraz powiedzieć, że jestem z niej jakoś bardzo zadowolona, ale przywykłam do niej. 

No i zaczęłam. 

Na początku nie wiedziałam, o czym pisać...


... i nie wiem do teraz. A to już (dopiero) dwudziesty post. Jeśli się przescrolluje mojego bloga, to znajdziecie tu wiele rzeczy - od zwykłych pseudo-pamiętnikowych wpisów, przez recenzję, relacje z konwentów po wpisy urodowe. Nie wiem też, do kogo piszę. Czy chcę doradzać, czy sama chcę dostawać rady, czy po prostu pieprzyć o dupie Maryny. Ale myślę, że takie nieokreślenie też jest dobre. Przy takiej różnorodności raczej nie zdarzy mi się napisać posta, który by odstawał od reszty, bo tu nie ma jednej całości. Daje mi to trochę swobody.

I byle znowu nie zniknąć.

Mam nadzieję, że trudne chwile, które przechodziłam i które nie pozwalały mi pisać, mam już za sobą i teraz będzie już tylko lepiej, a wena zacznie do mnie powoli wracać. Zastanawiam się nad rozpoczęciem vloga, bo poza tym, że lubię pisać, lubię też mówić, ale vlogi mają to do siebie, że raczej powinni je nagrywać ludzie ładni, hah. Zobaczymy w przyszłości. Na chwilę obecną się odmeldowuję!

Bajo~!

fanpage | kanał | ask

czwartek, 3 marca 2016

Nieudane cięcie, zbity telefon i posty co czwartek~

Witajcie~!

Dziś bardziej personalnie i organizacyjnie, jednak chciałam wprowadzić parę zmian i nowości~ Zaczynajmy!

Nie idźcie po grzywkę do wiejskiego fryzjera...

... bo jeśli chcecie sobie zrobić śliczną grzywkę see-through, fryzjerka zamiast niej zetnie ci połowę włosów zaraz nad brwiami i zostaniesz "dziewczynką z Undertale'a". No okej, pewnie nie tyczy się to wszystkich wiejskich fryzjerek, bo sama byłam zadowolona z wizyt w salonie fryzjerskim parę wsi dalej, ale to było w wiosce gminnej, a w zeszły piątek odwiedziłam fryzjera w mojej małej, niewiele znaczącej wsi. Zaraz po powrocie do domu wyglądałam...
A to i tak najkorzystniejszy kąt, w jakim udało mi się zrobić zdjęcie, trust me! Szczęście w nieszczęściu na pomoc przyszedł przedziałek, który miałam w tym samym miejscu od prawie 10 lat, więc włosy już naturalnie go sobie tworzą - już dwa dni później, gdy wstałam z łóżka, mogłam zobaczyć, że przedziałek jest znów w tym samym miejscu, co przesunęło część grzywki trochę w bok i chociaż wciąż wygląda to niezbyt ciekawie, to jest na pewno lepsze niż kotara na czole!

Rozbity telefon

Żyjemy w czasach, w których brak telefonu to coś praktycznie niemożliwego. A jednak mój telefon się zbił. Ładował się na stercie kartonów i pod moją nieobecność koty musiały go zrzucić, a że mój pokój jest jeszcze niewykończony, więc zamiast podłogi wciąż mam betonową wylewkę, cóż... telefon się dosłownie sypie teraz. Przez jakiś czas mogę nie być w stanie go oddać do naprawy, ani kupić czegoś nowego, więc po prostu będę smutną dziewczynką bez telefonu. Ale może pomoże mi to bardziej się uspołecznić, bo chociaż w Internecie jestem mega gadatliwa i mogłabym cały czas pisać, w rzeczywistości jestem bardzo, bardzo, bardzo nieśmiała (pewna pani psycholog kiedyś powiedziała wręcz, że mam fobię społeczną, ale chyba przesadzała) i siedzę w słuchawkach pod parapetem na korytarzach w szkole. Po prostu potraktuję to jako szansę wyjścia do ludzi!
Jednak w efekcie nie będę w stanie przez jakiś czas robić zdjęć, a to już boli, bo uwielbiam robić zdjęcia.

Trochę organizacji!

Miewałam w weekend spore problemy z Internetem, więc z braku zajęcia przysiadłam i trochę pomyślałam m.in. o blogu.. i postawiłam przed sobą pewnego rodzaju wyzwanie! Zaczynając od dzisiaj posty będą się pojawiały w każdy czwartek w godzinach późnego popołudnia lub wczesnym wieczorem. Na pewno skończę serię dietowo-urodową, jednak będę ją przeplatać innymi postami - bardziej personalnymi, recenzjami dram, może też się pokuszę o jakiś tag. Gdy skończę serię... cóż, zapewne rozpocznę nową! Mam kilka pomysłów, jednak wszystko zależy od tego, jak się wszystko rozwinie.
Poza tym planuję od maja założyć kanał na youtube połączony z tym blogiem (jednocześnie nadal prowadząc mój kanał z piosenkami - bez tego bym chyba umarła!). Chciałam zacząć wcześniej, jednak w maju będzie na pewno na tyle ciepło, że nie będę musiała siedzieć w domu w moim nieśmiertelnym polarze, który przewija się przez większość moich zdjęć.. no i też odrosną mi trochę włosy, co jest tylko plusem! Kanał zamierzam prowadzić po angielsku. Nawet nie po to, żeby dotrzeć do większej liczby odbiorców (choć to na pewno byłoby supi), co żeby się podszkolić w języku. Wiecie - ja zrobię błąd, ileś osób mnie poprawi i wreszcie zapamiętam).

I to tyle na dziś, mam nadzieję, że nie zanudziłam nikogo. Mam już w głowie plan na najbliższą notkę z serii, więc powinna być lepiej przemyślana i napisana, niż ostatnia notka o herbacie! Widzimy się za tydzień~

Papatki~!

fanpage | kanał | ask

czwartek, 25 lutego 2016

Dietowo-urodowo 2 - herbata herbacie nierówna~

Hejka!

Przychodzę do was z kolejną notką z mini-cyklu o wpływie naszej diety na naszą urodę. Łapka w górę, komu słowo herbata kojarzy się z czarnymi herbatami Liptona, Sagi, czy też ewentualnie z rumiankiem. Przyznaję bez bicia - byłam taka do czasów gimnazjum. Wtedy jednak zaczęłam zwracać uwagę na posty urodowych guru o zielonej herbacie. Jednak w gimnazjum jeszcze byłam zbyt leniwa, żeby coś więcej się wczytywać, więc moja wiedza ograniczała się do tego, że zielona herbata jest spoczi i czasem ją sobie piłam. Jednak po tych paru latach moja wiedza odrbinkę się poszerzyła i dzisiaj mogę się podzielić nią z wami!

Zielona herbata dobra na wszystko!

Zalet zielonej herbaty jest wiele! Najbardziej popularnym jest, że jest dobra na trądzik, co jest faktem - zielona herbata zawiera przeciwutleniacze, które zabijają wolne rodniki i zapobiegają powstawaniu pryszczy. Zmniejsza również ilość androgenów, przez co pomaga nawet na trądzik hormonalny! Jednak to nie wszystko! Zielona herbata również oczyszcza organizm i wspomaga trawienie! Osobiście od kiedy kupiłam sobie końcem stycznia kubek termiczny wypijam dwa kubki (+/- 300 ml oba) zielonej herbaty dziennie. Wcześniej był to jeden kubek ze względu na brak czasu (szkoła, po szkole tyle co usiąść na chwilę w domu i do spania) i brak wcześniej wspomnianego kubka termicznego. Jestem absolutnie zakochana w zielonej herbacie. W naszym kraju zyskuje ona na popularności i obecnie można ją znaleźć w każdym sklepie w klasycznej postaci, smakowe (odradzam jednak kupowanie smaków uzyskiwanych chemią - sama jeśli chcę poeksperymentować, kupuję np herbatę z owocami i płatkami bławatka), liściaste, w torebkach itd.

Herbata Oolong!

Herbata, do której kupna zbieram się od miesięcy, jednak mieszkając na wsi i rzadko jeżdżąc do Krakowa, mam ograniczone możliwości, więc wszystko, co tu napiszę to niestety tylko rzeczy zasłyszane przeze mnie na temat tej herbaty, I'm sorry. Ale do konkretów! Herbata oolong może nie ma większego wpływu na naszą cerę, za to ma mieć rzekomo wpływ na nasz metabolizm. Pita codziennie po dwa kubki ma przyspieszyć znacznie nasz metabolizm, więc jeżeli nie zaczniemy  jeść więcej, a jeszcze zmniejszymy porcję, znacznie przyspiesza odchudzanie! Jeżeli ktoś miał już doświadczenie z tą herbatą, może się podzielić w komentarzu!

Inne pomocne herbaty~

Jeżeli ktoś lubi eksperymentować, zamiast zielonej herbaty może pić też miętową - podobnie jak zielona zmniejsza ilość androgenów, co pomaga walczyć z trądzikiem hormonalnym. Podobne właściwości do herbaty zielonej ma również czerwona herbata Pu Erh, uprawiana w regionie Junnan w Chinach, jednak osobiście w Polsce widuję ją bardzo rzadko, nawet będąc w większych sklepach.

I tak skończę moje krótkie herbaciane przemyślenia, ponieważ temat herbat na pewno przewinie się jeszcze niejednokrotnie na moim blogu, więc jeśli pominęłam jakieś informacje, na pewno uzupełnię braki w przyszłości! W końcu sama też cały czas się uczę i obserwuję własny organizm. Mam jednak nadzieję, że zachęciłam was do zagłębienia się w świat herbat i wprowadzenia ich do codziennego jadłospisu, ponieważ może wam to wyjść jedynie na dobre!

Na zdrowie!

fanpage | kanał | ask

sobota, 13 lutego 2016

Pomysły na samotne walentynki~!

Hejo~!

Za rogiem walentynki, pary już planują swoją niedzielę i pakują dawno kupione prezenty, a na wystawach sklepowych pełno serduszek, czekoladek, win i seksownej bielizny. Dla niektórych samotnych osóbek może być to ciężki dzień, zakończony słuchaniem przechwałek znajomych, jak fajnie go spędzili. Jednak nikt nie powiedział, że singiel nie może się sam dobrze bawić w Święto Zakochanych! Zapraszam was na notkę, w której podzielę się z wami moimi pomysłami na spędzenie samotnych walentynek~!

Beauty morning~

Nic tak nie wpływa na nasze samopoczucie przez resztę dnia jak poranek. Dlatego miły dzień trzeba zacząć miło! Osobiście polecam tuż po przebudzeniu wypić szklankę wody, ponieważ po całej nocy nasze ciało jest odwodnione i taki krok szybko naładuje nam baterie! A że przy okazji potrafi też przyspieszyć metabolizm, przez co możemy sobie tego dnia pozwolić na minimalnie więcej, to tylko plus!
Ponieważ tego dnia mamy się czuć szczęśliwi, można też rano pozwolić sobie na lekkie ćwiczenia, nawet, jeśli zwykle jesteśmy leniwymi kluchami, których ćwiczenia ograniczają się do pójścia do lodówki i z powrotem. Ćwiczenia produkują w naszym organizmie endorfinę - hormon szczęścia a przy okazji pomogą nas rozbudzić. Jeśli nie lubicie suchych ćwiczeń, zawsze można zamiast tego potańczyć, poskakać, czy nawet wyjść na dłuższy spacer w psem.
Po ćwiczeniach oczywiście trzeba się umyć. Ale ponieważ to nie jest zwykły dzień, nie możemy po prostu wskoczyć pod prysznic/do wanny i wyjść po 15 minutach namydlenia się i spłukania. W tym roku to niedziela, więc zapewne mamy czas, żeby się trochę rozluźnić podczas kąpieli. Poszukajcie świeczek zapachowych, ulubionych myjek, najładniej pachnących mydeł i szamponów, ulubionych balsamów, włączcie wesołą muzykę i pozwólcie sobie nacieszyć się ciepłą wodą. Nie suszcie później włosów, jeśli macie czas - jeśli wyschną naturalnie będą mniej zniszczone i bardziej miękkie :)

Wygląd?

W walentynki wszystkie dziewczyny będą się stroić dla swoich najdroższych. Dlaczego będąc samym nie można zrobić tego samego dla siebie? Wtedy jest się na lepszej pozycji, ponieważ nie tylko można ubrać się ładnie, ale też po swojemu, nie myśląc o tym, czy drugiej osobie się to będzie podobać.
Ponieważ walentynki kojarzą się z sercami, czerwienią, czy różem, można takie akcenty wpleść w stylizację tego dnia. Czy to urocza, czerwona lub różowa spódniczka do jasnego sweterka, pastelowo-różowa opaska do włosów czy mocno czerwone usta, jeśli tylko tobie się kojarzy z tym dniem - droga wolna! To twój dzień i to sobie masz się podobać~
Jeżeli macie długie włosy, możecie je zawiązać w luźny, ale schludny warkocz (który mi się osobiście zawsze kojarzy z Elsą, chociaż jej jest raczej mocno ściśnięty :D).
Najważniejsze, żeby się czuć komfortowo. Żaden piękny strój nie zastąpi szczerego uśmiechu!

Weź siebie na randkę!

Dla osób, które nie lubią siedzieć cały dzień w domu, wyjście tego dnia może być przykre, widząc te wszystkie pary. Ale jeśli weźmiesz siebie samą w ulubione miejsce, zrelaksujesz się i będziesz szczęśliwa, to wszyscy dokoła będą zazdrościć tobie! Możesz sama ze sobą obejrzeć ulubiony film w kinie, wypić ulubioną kawę, czy zjeść ulubiony deser w swoim towarzystwie i cieszyć się sobą. Pamiętaj - ty decydujesz sama za siebie, a niektórzy tego dnia muszą ustępować drugiej osobie. Czy nie jesteś na wygranej pozycji? Baw się! Jesteś swoją najdroższą osobą :)
Jeżeli jesteś typem osoby, która woli siedzieć w domu, rozsiądź się wygodnie w fotelu, obejrzyj ulubiony film, posłuchaj ulubionej muzyki, potańcz sama ze sobą, lub upiecz dla siebie ciasto. Tego dnia dozwolone są tylko czynności, które lubisz, żadnych zmartwień!

Sesja...

... zdjęciowa! Pokaż innym, że bawisz się równie dobrze i raz na jakiś czas zrób parę selfie. Zrób sobie zdjęcie z pobliską rzeźbą, jako chłopakiem, albo jak przyjemnie leniuchujesz, gdy inni się starają dla drugiej osoby w pocie czoła! Kto nie lubi uwieczniać szczęśliwych dni na zdjęciach?
Na koniec moja najważniejsza dzisiaj rada - rób to co lubisz! Nikt lepiej nie zaplanuje szczęśliwego dla Ciebie dnia niż ty! Mam nadzieję, że moje proste pomysły na coś się przydadzą i niektóre forever alone'y podobne do mnie spędzą ten dzień choć trochę weselej!

Bye~ <3

fanpage | kanał | ask